Rynek
        zdobyty

Foto: Maciej Filipiak


Tekst: Krzysztof Nowak, Sebastian Jagielski

 

Tegoroczny Marsz kończący festiwal "Kultura dla Tolerancji" był przełomowy: po raz pierwszy udało się nam bez większych problemów wejść na Rynek.

Tegoroczny krakowski festiwal "Kultura dla Tolerancji" stał przede wszystkim kulturą. Ale, jak podkreślali sami organizatorzy, tym razem ich celem nie było przekonywanie nieprzekonanych, czy zgoła wrogów. Dostaliśmy więc solidną porcję kultury LGBT i to w jej niekoniecznie najbardziej przystępnym wydaniu. Organizatorzy wyraźnie w tym roku postawili na dzieła transgresyjne, awangardowe, niszowe i często trudne.

Za niezłą ilustrację charakteru tegorocznego festiwalu służyć może choćby pokazany na nim najnowszy film Bruce'a LaBruc'a - "Otto; or, Up with Dead People". Projekcja, choć poprzedzona wprowadzeniem krakowskiej filmoznawczyni, dr Anny Taszyckiej, mogła zdezorientować widza nieoswojonego z poetyką gejowskiego kina offowego. Wtajemniczona publiczność natomiast z rozkoszą odkrywała smakołyki, jakie przygotował dla niej kultowy w środowisku reżyser (porno-gwiazda, piosenki CocoRosie i Antony'ego).

Ważna (nie tylko dla lesbijskiej czy gejowskiej kultury) była też ciesząca się wielkim powodzeniem dyskusja wokół książki "Homobiografie" Krzysztofa Tomasika. Ci, których przerażała wizja wysłuchania jej z ciasnego korytarza (o wejściu do zatłoczonej sali nie można było nawet marzyć), odchodzili spod Bunkra Sztuki z kwitkiem. Uczestnicy panelu, m.in. Kinga Dunin, Anna Burzyńska, Piotr Marecki, zgodnie podkreślili nowatorstwo książki, której autor jako pierwszy zebrał biografie homoseksualnych pisarzy, artykułując to, co dotychczas funkcjonowało jako branżowa plotka.

Prócz tego każdy mógł znaleźć coś dla siebie: wystawy (Ecce Homo, Cumfaces), warsztaty (kreatywnego pisania, tożsamości biseksualne), dyskusje (wokół książki CAMPania, QueerCafe).

Jednak najważniejszym punktem festiwalu był jak co roku Marsz Tolerancji. W samo południe na placu Matejki zgromadził się tęczowy tłum. Obowiązkowe kolorowe stroje, baloniki, transparenty, gwizdki, ale przede wszystkim ludzie: młodzi, ci nieco starsi i dzieci. Do tego szczelny kordon policji i - już na trasie marszu - gapie uzbrojeni w aparaty fotograficzne. Może towarzyszący nam tylko tęsknym spojrzeniem wystraszeni szarzy chłopcy dołączą do nas w przyszłym roku? Zwłaszcza że nie ma się czego bać. W marszujących (prawie) nie rzucano kamieniami, jajkami czy pomidorami. Do tego wśród uczestników marszu panowała jak co roku fantastyczna atmosfera. Szkoda tylko, że, inaczej niż w Warszawie, zabrakło muzyki i roztańczonych platform, ale pewnie i na to w konserwatywnym Krakowie przyjdzie jeszcze czas.

Tegoroczny Marsz był przełomowy: po raz pierwszy w jego historii udało się nam bez większych problemów wejść na Rynek Główny. Tu w niebo pofrunęły setki kolorowych baloników. Tym większe wrażenie robiło zderzenie kultur, do którego doszło na płycie Rynku. Po jednej stronie tęczowy tłum - radosny, uśmiechnięty, kolorowy. Po drugiej smętni kibole i ich ponure damy o nieszczególnie cywilizowanych obliczach, wznoszący w plemiennym tańcu zwierzęce okrzyki. Jednak nikt nie miał wątpliwości, kto jest górą.  



 

 

Czajnik, czyli orientacje gwiazd


Historia - homoseksualizm w PRL


home

Kampania Przeciw Homofobii

gazeta@kampania.org.plNa podstawie: WordPress i K2